Miasto

Miasto – koan

– Wszedłem do miasta. Choć byłem ubrany jak żebrak i po przejściu bramy w okalającym murze usiadłem w pyle drogi, byłem królem tego miejsca. Byłem tu u siebie. Kimś więcej niż królem – bogiem. Pierwszy raz wyśniłem to miasto a właściwie zobaczyłem, gdy mój przyjaciel, wtedy ciężko chory, poprosił mnie o pomoc. Zamierzał dowiedzieć się dlaczego umiera. Może jeszcze wówczas, tamtego dnia miał nadzieję, że lekarze pomyli się z diagnozą albo, że zdarzy się cud? Cukrzyca, trzustka, torbiel.

Sposobem, metodą, narzędziem na odkrycie prawdy a może na zweryfikowanie diagnozy, na oddzielanie prawdy od fałszu, lęku od fałszywej nadziei, miała być hipnoza.

Hipnoza. Głębokie uśpienie tej części umysłu, która poszukuje racjonalnych przyczyn i opiera się na wyuczonych wzorcach. Nie, nie jakieś tricki sceniczne. Nie, nie chodziło o głupie iluzje i mamienie umysłu. Rzecz nie polegała na utracie kontroli. Przeciwnie. Wolna wola, jego i moja, miała doprowadzić nas do odpowiedzi. Hipnoza była sposobem na wejście w świat ukrytych przyczyn. Odnalezienie przyczyny, to odnalezienie lekarstwa. Gdyż źródło rodzi chorobę i tylko źródło może ją uleczyć.

– I co się stało mistrzu? – Uczennica Szkoły Trzeciego Stopnia dla Wiedźm, dziewczyna o pięknym lecz smutnym imieniu Soleá, co w okolicach Sewilli oznacza smutą, nostalgiczną pieśń, uważnie przyglądała się mistrzowi. Zdawało się, że uronił łzę.

– Mój przyjaciel umarł wkrótce potem. W hipnozie wszedł ze mną do miasta. Doświadczał tego co ja. Szliśmy wąskimi ulicami wprost na plac. Upał. Przechodnie i kupcy. Dzień targowy. Bogata oaza. Radosne dzieci. Opodal miasta rzeka na krańcu pustyni. Lecz nie pokazałem mu tego co sam widziałem, nie powiedziałem mu tego, co usłyszałem.

– Jak to, mistrzu? Jeśli był tam z tobą? – Soleá uniosła się na krześle jakby zamierzała do czego zachęcić nauczyciela a może przed czymś ostrzec?

– Owszem, był tam ze mną ale patrzył w inną stronę. A gdy nawet widział, to co ja, nie dostrzegał znaczenia rzeczy. Nawet w hipnotycznej wizji, która zazwyczaj ulecza z iluzji, z tak zwanej rzeczywistości, wciąż widział urojenia w jakie chciał wierzyć. Ja zaś widziałem szkaradną postać, satrapę o zdeformowanym ciele, którego obsługiwano i karmiono. Był nim mój przyjaciel w tamtej rzeczywistości. Władca oazy. Pan życia i śmierci. Wszechwładny i przykuty do posłania z powodu kolosalnej nadwagi. Odrażający i biedny zarazem. Tamten świat zrodził jego chorobę w świecie, z którego przyszliśmy. Tamta zachłanność i bierność satrapy, w tym świecie, zrodziła bezradność i chorobę. Tamta tyrania, tutaj stała się tłumioną złością. Nie powiedziałem mu o tym. Bałem się, że będzie to dla niego zbyt duży wstrząs. Bałem się, że mogłem się pomylić. Nie ufałem ani sobie ani przyjacielowi, ani temu, czego doświadczyłem.

– Nie rozumiem mistrzu, choć mam wrażenie, że widzę pod powiekami tamto miasto i tamten dzień.

Wracam do oazy niemal każdej nocy. Po śmierci przyjaciela zrobiłem porządek w mieście i obaliłem satrapę.

– Jak tego dokonałeś mistrzu? – Spytała.

– Jak powiedziałem na początku, jestem cichym monarchą tego miejsca, władcą który przychodzi z cienia. Władcą mroku. Królem kryjącym się w szarości. Autorem i bogiem. Dałem rozkaz i stało się. Opuszczony przez gwardię i sługi satrapa nagle zmalał. Opadły z niego zwoje skóry i kilogramy tłuszczu aż wreszcie stał się małym ziarenkiem pomarańczy, które zasadziłem w ogrodzie, w pałacowym patio. Jednego ze sług osadziłem na tronie by rządził.

– To bardzo dziwna historia. Dlaczego mi o niej opowiadasz, mistrzu?

– Po śmierci mego przyjaciela, pewnej nocy przebywając w oazie spotkałem go w jego dawnej postaci. Bródka, okulary, biała koszula, niezbyt wysoki, krępy. Był zagubiony. Nie rozumiał dlaczego nie może wrócić do swego dawnego życia, nie wiedział kim jest, nie wiedział dokąd ma się udać, ledwie przypominał sobie fragmenty przeszłości. Błąkał się od dawna, bez celu. Zaufał mi choć mnie nie pamiętał.

– Spotkałeś ducha, mistrzu. Zbłąkanego ducha – stwierdziła Soleá.

– Owszem. Wezwałem moją przyjaciółkę Śmierć i pomogłem mu odejść, przeprawić się przez rzekę. Wtedy dopiero odszedł i nie wróci zanim nie napije się wody z rzeki zapomnienia, zanim nie będzie gotów do powrotu w nowej postaci.

– To bardzo dziwna historia. Dlaczego mi o niej opowiadasz mistrzu?

– Nie wchodź do oazy na pustyni sama. Nie wchodź bez potrzeby. Nie wzywaj Śmierci bez potrzeby. Każe sobie słono płacić za najmniejszą przysługę. Lecz gdy już tam będziesz, nie zatajaj niczego, co dostrzeżesz. Szukaj mnie. Zazwyczaj siedzę w pyle drogi, w łachmanach żebraka, oparty kamień przy studni i godzinami przyglądam się ludziom na placu.

– To bardzo dziwna historia. Wciąż nie wiem dlaczego mi o niej opowiadasz mistrzu?


Koan na zamówienie od Macieja Bennewicza

Koan na zamówienie

Newsletter
Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.