nie święci garnki lepią

Nie święci garnki lepią – koan

– Nie ma na co czekać, trzeba działać! Trzeba coś robić, szukać rozwiązania! Nie możesz tak biernie siedzieć i czekać nie wiadomo na co?

Coś robienie w twoim wydaniu jest po prostu tłumieniem swojego niepokoju. W zasadzie wszystkich wokół irytujesz. – Na chwilę oderwał wzrok od garnka, który starannie pokrywał szkliwem. – Owszem biegasz, sprzątasz, poprawiasz ale nic z tego nie wynika. Popatrz na mistrza. Robi swoje. Nie święci garnki lepią, tylko my.

– Ale nikt ich nie kupuje, bo jest zaraza! Nikt nie myśli o nowych talerzach i kubkach, tylko o tym, czy przeżyje następny dzień. Spokój mistrza, podobnie jak twój, są podejrzane. Zarzucasz mi tłumienie, tymczasem obaj uciekacie w pracę zamiast coś robić.

– Na czym miałoby polegać coś robienie, twoim zdaniem? – Stary czeladnik zabrał się za kolejny garnek gotowy do szkliwienia. – Na ucieraniu leczniczej mikstury? Na tym się nie znamy. Na leczeniu chorych? Tego też nie potrafimy. Nie wiemy nawet jak zaraza się rozprzestrzenia. Na biczowaniu się za grzechy, jak postępują sąsiedzi? To tylko osłabia ciało. Na modłach do Boga? Po co się modlić do Boga, który nas karze? Gdyby był miłosierny jak mówią, nie uśmiercałby niewinnych dzieci i samotnych wdów. Robimy garnki. Zawsze trzeba robić swoje.

 – Na co komu garnki, jeśli nikt nie wie, czy dożyje jutra a nawet jeśli dożyje, nie będzie potrzebował garnków, bo nie będzie miał co do nich wsadzić – Rzucił o ziemię dzbankiem, który niósł do pieca. Gliniany, surowy czerep rozpadł się na kawałki.

Czeladnik wstał, powoli odłożył poszkliwiony garnek na stojak, otarł ręce w fartuch, podszedł do ucznia i z całej siły walnął go w twarz otwartą ręką, aż ten zatoczył się i upadł.

– A teraz idź do mistrza i poskarż się, że dostałeś w gębę i powiedz z jakiego powodu – rzekł.

– Wtedy mistrz też mi da w gębę. Nie znosi, gdy garnki się tłuką – uczeń pocierał obolały policzek.

– Nie: się tłuką a ty stłukłeś całkiem zgrabny dzban. Mistrz nie tylko nie lubi, gdy garnki się tłuką, bo to marnotrawstwo jest, ale nie akceptuje celowego zniszczenia a nawet powiedziałbym, że w głowie mu się nie mieści, że ktoś mógłby celowo naszą pracę zniszczyć. Coś chciałeś zrobić, to teraz rób. Ja kłamał nie będę. Gdy mistrz spyta: jak po wyjęciu z pieca wygląda dzban, co go dwa dni formował, powiem prawdę.

– Toż on mnie z praktyki wyrzuci! Nie możesz mu prawdy powiedzieć! – Krzyknął uczeń i zerwał się na równe nogi. Ze stołu porwał nóź, którym zamierzał ugodzić czeladnika lecz zanim zdołał się zbliżyć potknął się i zawadził nogą o stojak ze schnącymi garnkami. Stojak zachwiał się i runął. Na podłodze leżały teraz garnki i talerze, a właściwie skorupy, kilkudniowa praca mistrza, czeladnika i kilku uczniów. Pośród skorup gramolił się uczeń, w dodatku broczący krwią, gdyż upadając ugodził się nożem. Rana na brzuchu obficie krwawiła.

W tej samej chwili do pomieszczenia wbiegł mistrz, dwaj pozostali uczniowie, żona mistrza i trójka ich dzieci.

– To on, to wszystko jego wina! – Krzyknął uczeń zwijając się z bólu. – Chciał mnie ugodzić nożem ale w ostatniej chwili odskoczyłem. Chciał na mnie zrzucić winę za potłuczone garnki, mistrzu! Chciał mnie zabić, żeby zatuszować swój błąd!

Czeladnik nic nie powiedział. Tylko znów otarł dłonie. Dzieciaki popatrywały jeden na drugiego. Pani garncarzowa podniosła kilka skorup i obejrzała je z niedowierzeniem, jakby pierwszy raz w życiu widziała potłuczony garnek. Uczniowie schowali się za plecy mistrza zatykając usta w nerwowym chichocie.

– Nie wiem, co tutaj zaszło. I nie chcę wiedzieć. Wiem jedno. Mój czeladnik z pewnością mógłby kogoś zabić, bo to łotr ale nigdy, nigdy przez siedem lat nie stłukł ani jednego garnka. Bo dla niego ulepienie z mokrej ziemi pięknego talerza, który potem jest twardy, odporny, zdobny i wygodny, jest cudem. – Rzekł mistrz. – Żono, opatrz ranę tego ucznia, daj mu bochenek chleba i gomółkę sera, a potem wyrzuć go na ulicę.

– Ale to najzdolniejszy twój uczeń, mężu. – Silna kobieta chwyciła chłopca za rękę pomogła mu wstać i obejrzała ranę. – Wielekroć mówiłeś, że jego zdobienia są unikalne a dzbany i garnki uzyskują dobrą cenę. Nie warto się go pozbywać, mężu! Latem miał zostać czeladnikiem.

– Opatrz ranę tego ucznia, daj mu bochenek chleba i gomółkę sera, a potem wyrzuć go na ulicę. – Powtórzył mistrz.

– Ale… –  Pani grancarzowa nie ustępowała. Lecz zanim zdążyła dokończyć, co zamierzała powiedzieć, mistrz podszedł do stojaka, na którym suszyły się wazy czekające na drugie wypalenie. Wziął największą, pięknie zdobioną przez rannego ucznia, podszedł do żony i roztrzaskał wazę u jej stóp, po czym rzekł raz jeszcze, cedząc każde słowo:

 – Opatrz ranę tego ucznia, daj mu bochenek chleba i gomółkę sera, a potem wyrzuć go na ulicę.


Koan na zamówienie od Macieja Bennewicza

Koan na zamówienie

Newsletter
Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.