stos

koan

Stos – koan

Od środy, na placu imienia Heroicznych Bohaterów Zuchwałej Klęski budowano stos. Stos porządny. Nie jakieś tam byle kilka badyli i wiązek chrustu ale solidne bale ułożone na zakładkę, w środku suche gałęzie i smoła i dopiero na wierzchu chrust. Powyżej chrustu, w piątek, w przeddzień świątecznego auto-da-fé, publicznego przyznania się do winy przed  Najjaśniejszym Trybunałem i błagania winnych o wybaczenie i przyjęcie do prawdziwej wspólnoty martwych aczkolwiek usprawiedliwionych, stanął słup i mały podest, na który wprowadzano winnego. Tym razem słupy był trzy. Trzy słupy, trzy podesty.

Na pierwszym stanąć miał piekarz, na którego pobożny donos złożył jego kolega z cechu piekarzy, twierdząc, że tenże nikczemnik dodaje krew miesięczną swej żony do chleba, by tym samym pohańbić uczciwych mieszkańców miasta. Gdy znaleziono dowód w postaci zakrwawionej szmaty na zapleczu piekarni było po sprawie. Na nikczemnika wydano jedyny, słuszny wyrok. Żonę piekarza, pobożni, aczkolwiek słusznie wzburzeni mieszkańcy miasta, zatłukli na miejscu.

Drugą osobą spaloną na stosie w sobotni poranek miał być woźnica, który wyklinał w karczmie najprzewielebniejszego proboszcza, twierdząc, że ten zażyczył sobie zbyt wygórowanej ceny za pochówek zmarłej, dwa dni wcześniej, córki woźnicy. W domu furmana znaleziono figurkę Błogosławionej Filomeny z utrąconą głową, widomy dowód świętokradztwa. Ponadto dwa drewniane widelce z wyłamanymi środkowymi zębami, oczywisty znak szatana a także kości nieznanego pochodzenia. Woźnica twierdził, że kości miały być na zupę ale nikt mu nie uwierzył. W czasie tortur przyznał, że potrzebne mu były do ceremonii diabelskiej.

Trzecim skazańcem była kobieta, która o dziwo nawet nie próbowała zaprzeczać, że podaje innym kobietom zioła aby nie zachodziły w ciąże, gdy nie chcą. Fakt ten był tak bulwersujący, że święty sąd w osobach świętych mężów omal własnoręcznie nie zatłukł wiedźmy lecz opamiętawszy się bijąc i kopiąc winną, doszli do wnioski czcigodni mężowie, że lepiej będzie, dla pobożności większej, spalić czarownicę.  

W sobotę odbyła się procesja, jak się należy z pluciem na skazańców i obrzucaniem ich łajnem. Szli na boso w hańbiących szatach i ośmieszających czapkach umazanych w świńskiej krwi. Wszystko jak się należy. Mieszkańcom rozdawano darmowe precle, po kwarcie cienkiego piwa i ankiety poparcia dla Magistratu a że większość była niepiśmienna, ankiety były z góry wypełnione. Wystarczyło poślinić palec i przypieczętować pismo.

Po przemówieniu czterech świętych mężów, sędziów Trybunału a także Nadnamiestnika i Oberburmistrza w jednej osobie należało podpalić stos. Gapiów zebrało się co niemiara. Widownia w komplecie. Przemówienia ekscytujące i płomienne jak przystało na chwilę przez rozpaleniem stosu. Nerwowe oczekiwanie tłumu na jęki skazanych (żadne tam duszenie przed spopieleniem i palenie nieboszczyków). Obiecano prawdziwą mękę. Stos podlano nieco wodą by nie zanadto rozbuchał się ogień i powoli smażył winnych, ku uciesze zacnych mieszczan.

I wtedy stał się cud a właściwie skandal a może nieprawdopodobieństwo nawet. Na schodki prowadzące na stos wskoczył młody człowiek – kowal może albo wędrowny najmita, w każdym razie nikt swój, nikt z mieszkańców nie zachowałby się w ten sposób? Dziwak a może odmieniec, obcokrajowiec albo co gorsza sam diabeł lub opętany wrzasnął na całe gardło:

– Ludzie czy wam rozum odjęło? Czy wyście powariowali? Niewinnych żywcem palić? Ludzie?

I wtedy stało się najdziwniejsze. Nikt nic nie powiedział. Zaległa cisza. Absolutna, grobowa, uporczywa cisza. Najpierw z tłumu chyłkiem odszedł bednarz z rodziną, potem kancelista, dwóch czeladników młynarza, sam młynarz z żoną, wreszcie rzeźnik, aptekarz, handlarz wina, dwaj przyjezdni kupcy, praczki, woziwoda, trzech furmanów, tkacze, farbiarze, powroźnicy, cukiernicy, piwowarzy, w końcu święci prokuratorzy i sędziowie, proboszcz z wikarym, ludzie z magistratu i straże. I wreszcie na placu pozostało trzech skazanych i chłopak.

Winowajcy zsunęli powrozy z dłoni i nóg i odeszli w ślad za chłopakiem pobliską, otwartą na oścież, miejską bramą.

Inna wersja tej opowieści podaje zakończenie, w którym stos jednak zapłonął. Trzej skazańcy po uwolnieniu z pęt dopadli chłopaka, swego wyzwoliciela, przywiązali go do belek, stos podpalili a sami uciekli. Ale dlaczego mieliby to zrobić? Zakończenie w tej wersji sprawy nie wyjaśnia.

Jak było naprawdę? Poszperajcie w annałach miasta, może znajdziecie inne zakończenie?   


Koan na zamówienie od Macieja Bennewicza

Koan na zamówienie

Newsletter
Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.