Latarnik - KOAN

Prezent od MKI dla siebie

Latarnik – koan

Prezent od MKI dla siebie

– Kiedyś el Misterio del Yo siedząc na ławeczce przed domem rzekł do Ariela, swego ucznia…zapisałam słowo w słowo, gdyż wtedy taki miałam zwyczaj, zafascynowana el Yo. Niekiedy nawet nagrywałam wypowiedzi mistrza na stary dyktafon kasetowy a potem przepisywałam słowo w słowo – zaśmiała się señora Luz del Mar Marayan. Otworzyła swój notatnik, w którym od lat zapisywała wypowiedzi el Yo i przeczytała na głos odpowiedni fragment. – Posłuchaj:

Arielu, cykle, choć wydają nam się oczywiste, jak zamarzanie i parowanie wody, jak prawa fizyki, jak rzut bumerangiem – również są fikcją, czyli iluzją. My, ludzie, mamy grube szkła w okularach i malutkie uszy, wysuszoną skórę na dłoniach, zatkane nosy i zdrętwiałe języki. Niewiele widzimy, jeszcze mniej słyszymy i czujemy. W porównaniu do zwierząt jesteśmy głusi, ślepi i nieczuli. Opanowaliśmy fizykę i chemię na tyle, by tworzyć proste technologie, ale nie mamy pojęcia o świecie. Cykle to grube iluzje. Nic nie powtarza się dwa razy. Wszystko jest inne. Wszystko jest inne niż myślisz. Ogarniasz tylko skraweczek a masz się za pana i władcę wszelkiego stworzenia. To żałosne. Świadomość, że nasza pozorna świadomość czyni nas panami stworzenia wpychając nas w żałosne iluzje, to pierwszy krok do świadomości.  

– I co na to odpowiedział ów Ariel? – Spytała Soledad Ortega, stażystka u señory del Mar.

– Och, Ariel był wtedy buntownikiem, na każde „tak” mówił trzy razy „nie” – zaśmiała się del Mar. – Długo pomieszkiwał w pobliżu domu el Yo i codziennie przychodził na długie dysputy z mistrzem albo na jego wykłady aż pewnego dnia zniknął, gdy powrócił był odmienionym człowiekiem.

– Co miał na myśli el Yo mówiąc o cyklach? – spytała Soledad.

– Może zamiast tłumaczyć, znajdę po prostu kasetę z nagraniem, sama posłuchasz – zaproponowała señora del Mar i zaczęła przeszukiwać zawartość obszernych szuflad.

Po chwili z głośnika popłynął nieco stłumiony głos. Widocznie urządzenie, które nagrywało nie było najlepszej jakości ponadto mikrofon najwyraźniej ustawiono w dość dużej odległości od rozmówców.

 – Oczywiście, oczywiście – rzekł el Misterio del Yo – buddyści od Tybetu po najdalsze brzegi wyspy Hokkaido, od Malezji po Myanmar zalecają pracę wewnętrzną, gdyż wszystko co jest, jest wewnątrz nas.

– Wewnątrz? – Zastanowił się Ariel.

– Owszem, jest naszą projekcją. Odkąd opuszczamy dom rodziców patrzymy na wszystko przez okulary jakie nam spreparowali, często w dobrej wierze, często jednak z powodu nieumiejętności lub głupoty. Na przykład mój ojciec… był draniem. Typowym przemocowcem. Nie, nie pił jak całe jego pokolenie, ale się znęcał. Nawet nie dlatego, że sprawiało mu to jakąś nadzwyczajną przyjemność, ale dlatego, że się złościł. Wszystko go irytowało, zwłaszcza dzieci. Całe jego otoczenie było nie takie jak sobie tego życzył. Był tyranem, w dodatku idiotą. Karał nas dosłownie za wszystko a każde zachowanie mogło być przewinieniem. Kiedy poszedłem własną drogą tylko do pewnego stopnia była ona moim własnym wyborem, gdyż powtarzałem wciąż ten sam cykl – chłopca, który usilnie stara się nie zdenerwować ojca, nie zawieść jego oczekiwań, nie sprowokować wybuchu złości i przede wszystkim odgadnąć, jak powinien się zachowywać by wreszcie zasłużyć na akceptację. Dlatego spotykałem i przyciągałem ludzi oraz wydarzenia zgodne z tym cyklem: grzeczny chłopiec – represyjny ojciec. Dostawałem to, co byłem w stanie zauważyć, na co byłem gotów.

– I jak, w końcu zmieniła się twoja relacja z ojcem, złagodniał, umarł? – Spytał Ariel. W jego głosie wyczuwalny był niepokój a w tonie pewna obcesowość, częsta u osób niepewnych siebie, chcących w ten sposób zaakcentować siłę, której im brakowało.

Głos el Yo przybliżył się do mikrofonu. Rzekł:

– Ojciec mój żył długo. Widywaliśmy się z okazji świąt, różnych rodzinnych okazji, raz dwa razy w roku i pomimo mego doświadczenia, wielu lat medytacji, samorozwoju i buddyjskiej dyscypliny w poznawaniu siebie – wciąż wystarczyło, gdy mój osiemdziesięcioletni ojciec powiedział jedno słówko, by mnie zawstydzić albo ośmieszyć. Mnie – samodzielnego i szanowanego przez ludzi nauczyciela. Rzucał jakieś z pozoru niewinne zdanie, jakąś złośliwostkę, jakieś malutkie żądanie, szpileczkę zaledwie bym na powrót stał się chłopcem, który za wszelką ceną stara się nie zawieść ojca i jednocześnie spełnić jego oczekiwania, choć nie wie czego oczekuje ojciec-tyran. Raz herbata po obiedzie może być odpowiednia a drugim razem może wzbudzić irytację, bo oczekiwał kawy. Aż pewnego razu obejrzałem wykład Dalajlamy XIV, tak Dalajlamy. Powiedział wówczas, że buddyści starają się, owszem, rozwiązywać konflikty wewnątrz siebie, że wszelkie konflikty z ludźmi to konflikty wewnętrzne, ale czasem wymagamy od siebie zbyt wiele i najlepszym wyjściem jest wyjście przez drzwi. Wyjście przez drzwi! Rozumiesz?! Dalajlama, sam Dalajlama rekomendował mi wyjście z pokoju. Otóż to – wyjechać z domu ojca, po prostu unikać relacji, wyjść przez drzwi. Tego dnia uporałem się z ojcem, lecz przede wszystkim z małym, przestraszonym chłopczykiem w sobie.

Nagranie urwało się. Soledad Ortega nerwowo potarła nos.

– Nie ma dalszego ciągu? – Spytała zawiedziona. Luz del Mar pokręciła przecząco głową. – W takim razie jak ty señora skomentujesz ten dialog? Miałaś przecież jakiś zamysł puszczając mi rozmowę el Misterio del Yo z Arielem?

– Mamy takie relacje, na jakie zasłużyliśmy, tak sądzę. Do jakich dorośliśmy. Kiedy wykonujemy krok do przodu, krok w rozwoju pozostawiamy dawne relacje za sobą, a nawet dawny styl życia jak książę Siddhartha Gautama zostawił pałac, królewski tron, swoją żonę Yashodharę i syna.

– To okrutne – stwierdziła Soledad.

– Czasem to jest konieczne. Po wielu latach i Yoshodharā i Rahula, syn buddy, zrozumieli jego decyzję. Mój przyjaciel Diego Alejandro, gdy uznał, że nie może odejść z toksycznej relacji – umarł. I tak odszedł, lecz odszedł przeciwko sobie, przeciwko życiu – Luz del Mar Marayan pogładziła po policzku swoją protegowaną jakby chciała ją przed czymś uchronić albo przestrzec.

– A co się stało z Arielem? – Spytała Soledad.

– Został latarnikiem na bezludnej wyspie, gdzieś na Wyspach Owczych. Pisze scenariusze i kręci krótkie etiudy filmowe. Był nawet kilka razy nagradzany.


Koan na zamówienie od Macieja Bennewicza

Koan na zamówienie

Newsletter
Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.