skok - odpowiedź

koan urodzinowy

Skok – odpowiedź

Koan urodzinowy

Na wysokościomierzu trzy tysiące metrów. Niektórzy już zapinają kaski, przecierają gogle. Zapach testosteronu i adrenaliny i…chyba lęku. Na pokładzie, oprócz doświadczonych osób, jest dwójka śmiałków gotowych na skok tandemowy. Gotowych? Nikt, kto nie skakał wcześniej, nie jest na coś takiego gotowy. Ciasny samolot. Skoczkowie siedzą plecami a właściwie spadochronami do siebie ściśnięci jak sardynki w konserwie. U jednych rutynowe rozluźnienie u innych widać napięcie. Niektórzy z nich skaczą może dziesiąty, może setny raz. Nie to co weterani, którzy mają na swoim kącie tysiące wzlotów i lądowań.

Ciągłe kołysanie. Turbulencje i gwałtowne skoki maszyny. Huk i jednostajne buczenie silnika Cessny 208 Caravan. Napięcie. Wznoszenie. Hałas. Huk. Adrenalina.

Żal mu tych naiwnych, którzy zdecydowali się na skok tandemowy. Czuć zwierzęcy strach przykrywany sztucznym uśmiechem i miną kogoś, kto w każdej sekundzie żałuje, że przyjął jakiś głupi voucher na skok, jakiś idiotyczny prezent na osiemnastkę, trzydziestkę czy pięćdziesiątkę. Przypięci uprzężą do pilota tandemu najpierw muszą podpełznąć, przeszurać się na pośladkach ku otwartej na oścież burcie samolotu, usiąść na brzegu, w potwornym huku wiatru, który niemiłosiernie dudni wpadając do kokpitu Cessny a potem upadek, skok, wirowanie, przepaść.

Nie mają pojęcia co ich czeka. Nie mieli od samego początku. Potem, na ziemi a nawet w czasie samego opadania sami sobie udowadniają, że nie było tak źle, że było całkiem dobrze a niektórzy nawet, że wspaniale. Pamiątka dla dzieci, heroiczny czyn, prawdziwie mocny wyczyn! Ale przecież omal nie stanęło im serce. Omal nie umarli spadając w przepaść, doświadczając doznania, które nie było im dane nigdy. Upadek z wysokości. Skok ku ziemi. Wbrew ludzkiej naturze. Przypięci do uprzęży, jak worek z cementem wciągany na budowlane rusztowanie nie znają ryzyka, nie wiedzą, że w razie zagrożenia pilot tandemu po prostu ich zrzuci, ratując siebie. Na dole podpisywali po prostu jakiś papier. Literki skakały im przed oczami z lęku.

Sam zaczynał od skoku tandemowego a potem się wciągnął. Skończył kurs. Uzyskał licencję. W co się wciągnął? W igraszkę z ostatecznością, w ciągłe wystrzały adrenaliny, w próbę życia i śmierci, w kontakt z nieznanym, w spotkanie ze śmiercią? Tym przecież był skok. Czego szukał? Co zamierzał znaleźć?

Zapiął kask. Poprawił rękawiczki. Cztery tysiące. Pilot zapalił czerwoną lampkę i rozległo się głośne wycie syreny. Nie znosił tego wycia. Po chwili burta otwarta. Pierwszy tandem, drugi tandem – poszedł. Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie w ostatniej chwili jakby zamierzała powstrzymać nieuniknione. Potem do burty zbliżali się kolejno skoczkowie solo z instruktorami. Pierwsze skoki. Pewnie siódme, ósme, siedemnaste. Skoczkowie liczą każdy skok jakby liczyli paciorki różańca oddzielające ich od nieuniknionego.

Jego kolej. Posuwa się zgarbiony. Cessny są niskie. Przy burcie kapitan lotu. On wyskakuje ostatni. Sprawdza czy nikt nie został półmartwy z powodu nagłej paniki albo z uszkodzonym wysokościomierzem albo bóg wie dlaczego? Burta pozostanie otwarta aż do lądowania tylko z pilotem na pokładzie. Gdyby ktoś został i w nagłym szoku postanowił skoczyć a samolot byłby wtedy tysiąc metrów nad ziemią nad autostradą lub nad kablami wysokiego napięcia, wówczas śmierć pewna. Spanikowany skoczek na pokładzie to również zagrożenie dla pilota. Wszyscy muszą opuścić samolot na danej wysokości i w określonej strefie. Jeśli ktoś się przestraszy, zechce wycofać w ostatniej chwili – kapitan go wyrzucić a potem będzie asekurował do momentu otwarcia spadochronu lub sam otworzy czaszę takiego delikwenta.

Kapitan. Spojrzenie, Gest. Klepnięcie w dekiel spadochronu. Burta. Skok. Salto. Dół. Wirowanie. Rzadkie chmury. Pozycja. Ustabilizowany lot. Ziemia i jej horyzont. Piękna pogoda. Widnokrąg.

Dlaczego skacze? Dlaczego tak ryzykuje? Dlaczego zmaga się z naturalnym dla człowieka lękiem? Po co mu ta adrenalina? Chciałby żyć pełnią życia, ale jeszcze nie wie, jak tego dokonać? Może dlatego szuka odpowiedzi na granicach, na krawędziach, na ostrzu noża?  

Sprawdził wysokość. Elektroniczny wysokościomierz włączył alarm, wyje w środku hełmu. Już, jeszcze nie, już, jeszcze nie, już…Prawą ręką odszukał plastikową kulkę, którą należy szarpnąć, wyrzucić linkę od pilocika, małego spadochronu, który wyciągnie całą czaszę, kilkadziesiąt metrów sześciennych materiału, który pozwoli ciału bezpiecznie opaść ku ziemi.

Szarpnięcie. Czasza wypełniła się powietrzem. Ściągnął linki. I wtedy, gdy na moment zamknął powieki, zobaczył jej twarz, twarz ukochanej i zrozumiał. Zrozumiał wszystko w jednej chwili. Wiedział. Znał odpowiedzi na wszystkie pytania. Jej twarz.

– Co tak późno otworzyłeś czaszę? Ryzykujesz jak małolat czy coś się stało? – Spytał kapitan, który wylądował tuż za nim. Zawsze robił szybkie zwroty i lądował szybko, jakby się do czegoś spieszył na ziemi.

– To był mój ostatni skok. – Odpowiedział.

– Ostatni skok? – Zdziwił się tamten. – Coś się stało? Dlaczego?

– Dlatego, że już wiem z jakiego powodu skakałem i dlaczego nie muszę więcej skakać. – Odpowiedział.


Zamów najnowszą książkę - 21 spotkań

21 Spotkań
Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.